Warsztaty na końcu świata
Lipiec 29th, 2006
29 lipca 2006r. Godzina 22.28. Dworzec PKP w Katowicach. Z ciężkimi plecakami pakujemy się do pociągu….NIO I SIĘ ZACZEŁO! Jest wolny przedział!…żarty… jedzenie… śpiewy… sen… jedzenie… toaleta… jedzenie… głupawka… sen… płacz… jedzenie… rozpacz… sen… O NIE! JEDZENIE SIĘ SKOŃCZYŁO!! …uff!…wysiadamy! Keleti Pályaudvar – Dworzec Wschodni, VIII. Baross tér 11/c. Budapeszt (Węgry). Po 11h i 45 min niezapomnianej jazdy wbijamy się w tłum równie zadowolonych podróżników … SZERVUSZTOK!!!! Witają nas znajomi z grupy teatralnej „Dom Otwarty”…podróż trwa. Ku radości naszych „4 liter” przesiadka w samochody. Jedziemy!. ….. „kto potrafi czytać mapę”??? …..za oknami pola żółtych słoneczników kierują nas do ostatecznego celu naszej tułaczki – Fenyöfö! Malownicza wieś na końcu świata, położona w centrum węgierski puszczy, oddalona od Budapesztu o 200km, w stronę Siedmiogrodu. To właśnie tam zaprzyjaźniony z nami teatr polonijny „Dom Otwarty” zaprosił nas na wspólne warsztaty teatralno-taneczne.
Ewelina Tomiczak przygotowała choreografię w technice tańca jazzowego, i nawet brak parkietu nie przeszkodził nam w opanowaniu skomplikowanych kroków. Najtrudniejszy okazał się krok „Pana Bure”. Niezmordowani w uporze staraliśmy się pojąć kolejność kroków, gdy to już mniej więcej wychodziło, pojawiła się kolejna przeszkoda- trzeba było nadarzać za muzyką (co wbrew pozorom nie jest takie łatwe). Mimo to już po 3 dniach wszyscy brylowali po betonowej nawierzchni, która nie powstrzymała nawet tych, którzy uczestniczyli po raz pierwszy w tego typu zajęciach! Niestety, nie obeszło się bez ofiar. Największe straty poniósł Mikołaj, który zapomniał wziąć odpowiednich butów, co kosztowało go 8 par skarpetek zdartych w obrotach, z darmowym pillingiem dla stóp… – czego w końcu się nie robi dla sztuki!
Podczas pracy nad tekstem Iwona Woźniak zaproponowała wziąć na warsztat wiersze Andrzeja Waligórskiego. Pełne humoru, celnych uwag i komentarzy utwory okazały się strzałem w dziesiątkę i doskonałym materiałem do recytacji. Najbardziej twórcze i pełne zaskakujących pomysłów okazały się jednak etiudy tworzone na zadany tematy. Pomysłodawcą tych najbardziej wymagających motywów był oczywiście Tomek, który nie odpuszczał nikomu. Chyba nigdy nie zapomnę „płonącej zapałki”, „korkociągu”, czy pewnej „żyrafy”.
Podobnie jak etiud, nigdy nie zapomnę widoku chyba najbardziej gwieździstego nieba jakie dotąd widziałem, smaku węgierskich potraw wyczarowywanych z ogniska przez naszych gospodarzy (ciekawostka – wiecie, że „placek po węgiersku” nie jest wcale węgierską potrawą!), czy rozkoszowanie się w słonecznej altanie naszej chaty smakiem przepysznego turorudi, oczywiście popijanego traubisodą.
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i po cudownych 7 dniach przyszło nam się pożegnać z Sosnogłowem (tłumaczenie Fenyöfö). Język węgierski wciąż jest dla mnie nie do przeskoczenia… te parę dni to za mało by nauczyć się mówić: „LENGYEL MAGYAR KÉT JÓ BARÁT, EGGYÜTT HARCOL S ISSZA BORÁT”, a szkoda, bo to stare przysłowie „Polak – Węgier dwa bratanki i do bitki i do szklanki” jest wciąż aktualne (nie traktujcie go dosłownie, to tylko przenośnia! Hihih)…
